instagram

Skąd się biorą wąskie sypialnie?

 

Przy okazji ostatnich projektów wnętrz, jeszcze przed rozpoczęciem prac projektowych, spotykałam się z pytaniami „Kto to projektował? I dlaczego?”.

Oto moja próba odpowiedzi na pytanie: Skąd się biorą wąskie sypialnie?

Kupując mieszkanie pierwszą rzeczą na jaką zwracamy uwagę to metraż mieszkania. Bo metraż to określona przestrzeń, bo łatwo można powierzchnię przełożyć na pieniądze. Drugą rzeczą na jaką patrzymy to rozkład – sprawdzamy ile ma pokoi, czy da się wydzielić kuchnię, czy w łazience mieści się wanna czy prysznic. Ale wielu osobom trudno jest ocenić jaką przestrzeń uzyska na danej powierzchni. Czy pokój o powierzchni 9 m2 będzie wystarczający dla dwójki dzieci? A może zostawmy dzieciom pokój dwunastometrowy a sypialnię zmieścimy jakoś na tych 9 m2… ale niewiele osób zwraca przy tym uwagę na szerokość pomieszczeń, ufając, że „jakoś to tam upchniemy”. A tu sprawa jest kluczowa.

Według obecnie obowiązującego prawa szerokość pokoju 1-osobowego powinna mieć co najmniej 220 cm szerokości w świetle ścian i powierzchnię 9 m2. Pokój dwuosobowy powinien mieć 270 cm szerokości i powierzchnię 12 m2. Co najmniej jeden pokój powinien mieć 16 m2 (wcale nie musi być to salon). Ale zdarza się, że salon z aneksem kuchennym ma zaledwie 20 m2, więc trzeba sobie wyobrazić, że kawał kuchni zajmie nam przestrzeń salonu. To są wartości minimalne i zgodnie z nimi deweloper może „meblować” swój katalog sprzedażowy. Nie może zatem do pokoju, który ma mniej niż 270 cm wstawić dwóch łóżek, ani takiego dwuosobowego. Niestety w katalogach sprzedażowych nie ma podanych wymiarów pomieszczeń, ale możemy być pewni, że jeśli na rysunku pomieszczenia nie ma wstawionego łóżka dwuosobowego to pokój na pewno ma szerokość mniejszą niż 270 cm (a być może ma ledwie 220 cm), i zmieszczenie tam realnie łóżka dwuosobowego z dostępem z dwóch stron będzie dość karkołomne albo wręcz niemożliwe.

Można by zapytać: po co architekci projektują w ten sposób? Zatem po kolei:
Najpierw deweloper kupuje działkę i chce by na nim powstał budynek jak największy, żeby sprzedać jak najwięcej powierzchni użytkowej mieszkań (PUM). Musi się liczyć z tym, że nie może zabudować działki totalnie, bo obowiązują go ograniczenia miejscowego planu oraz prawa budowlanego. Ale to nie znaczy, że by nie chciał. I wtedy zatrudnia architekta, który przedstawi mu koncepcję z możliwie maksymalną powierzchnią zabudowy (czyli jeśli może zabudować w 40%, to z całą pewnością będzie wymagał od architekta, by mu to zapewnił). A działki potrafią mieć nieznośnie nieregularne kształty i czasem trzeba się nagłowić jak tu spełnić te oczekiwania. No bo oprócz tego architekt musi wziąć pod uwagę wymagania prawa budowlanego: odległości od sąsiadów, odpowiedniego nasłonecznienia, nieprzesłaniania, warunki przeciwpożarowe, odpowiedniej ilości miejsc parkingowych etc. Trochę tego jest, ale za to, żeby zmotywować projektanta i by nakreślić mu wspólny cel, deweloper proponuje mu wynagrodzenie, którego wysokość będzie bezpośrednio uzależniona od wielkości PUMu.

I jakie mamy tego skutki? Działkę wypełnia się po brzegi, budynki oddalone są od siebie i od granic działki o minimalne wartości, na jakie dopuszcza prawo. Dodatkowo w budynkach trzeba ograniczać powierzchnie wspólne (bo tego się nie sprzeda) i robi się jak najwięcej mieszkań dostępnych z jednej klatki schodowej. Konsekwencją tego jest to, że mieszkania przeważnie mają okna z jednej strony (czyli są gorzej przewietrzane). Mamy więc klatkę schodową z korytarzem, a wokół niewielkie mieszkania. Na końcu korytarza często są mieszkania narożne (i to jest lepsza opcja) albo mieszkanie największe, „na przestrzał” – czyli mające okna po obu stronach budynku. Jest ono bardzo wąskie (od ściany do ściany), bo szersze (i sporo większe) trudniej byłoby sprzedać. A ponieważ budynki są szerokie (mierząc od okna do okna), ciemne przestrzenie w głębi mieszkania trzeba czymś wypełnić. Stąd się biorą przesadnie duże korytarze, napuchnięte łazienki oraz ciemne aneksy kuchenne w głębi salonu.

Niestety warunek jak największego PUMu nie jest tym, co dla przyszłych użytkowników jest dobrym kryterium. Z niego wynika bardzo dużo kompromisów, na jakie projektant musi iść z działem sprzedażowym dewelopera. Serce architekta boli, ale ostatecznie, przecież wszystko jest zgodnie z prawem. To nie są dobre czasy dla projektantów, a przecież oni cały proces kształcenia opierali na jakości architektury i potrzebach użytkownika. Rynek jednak weryfikuje sposób projektowania, bo ostatecznie „rację” ma ten, kto ma pieniądze. I niestety projektuje się tak, że „gorzej się już nie da” (bo byłoby to już niezgodne z prawem).

Czy to znaczy, że teraz buduje się gorzej niż w PRL-u? Pod pewnymi względami tak – „ustawność” starych mieszkań, nawet w „wielkiej płycie” często jest dużo lepsza niż w nowym budownictwie. Na nowych osiedlach często też próżno szukać zieleni tak pięknie wklejonej na wizualizacjach w folderach sprzedażowych. Oczywiście nie chcę tu niczego generalizować, bo są też ciekawe osiedla z mieszkaniami, do których nie można się przyczepić… Ale chciałabym przestrzec, że przy okazji kupowania swoich czterech kątów warto przeanalizować lokalizację, osiedle jak i samo mieszkanie „od podszewki”. Na samym początku trzeba się zastanowić, jak chcemy użytkować owe cztery kąty, ale też osiedle i dzielnicę na przestrzeni co najmniej następnych 10 lat.

Być może też już wkrótce przepisy mówiące o minimalnych wielkościach pomieszczeń w mieszkaniach w budynkach wielorodzinnych znikną i wtedy już tylko rynek będzie decydować o tym, co jest „dobre” (co się sprzeda). Deweloperzy już na to czekają, bo wtedy będą mogli sprzedawać mieszkania jeszcze mniejsze, o powierzchni użytkowej 15-20 m2. Wtedy tym bardziej należy umieć analizować rzuty mieszkań i próbować wyobrazić sobie swoją przyszłą przestrzeń życiową.

 

 

0 Comments

Leave Your Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*